Skip to content

Myfengstyle


Cesarz i samoloty – drugie podejście

Cesarz i samoloty – drugie podejście

Jak już wiecie stąd, zazwyczaj unikam pechowych kierunków czyli takich gdzie przebywa energia Cesarza. Po co narażać się świadomie na nieoczekiwane zdarzenia? Cóż, musiałam złamać dane sobie słowo ponownie…bo nie było innej opcji.

We wrześniu 2015 roku wybraliśmy się do Kanady i zaplanowaliśmy sobie taką trasę, że z Warszawy polecimy do Toronto Dreamlinerem (a jakże!), przenocujemy a na drugi dzień polecimy na drugi koniec Kanady – do Vancouver i stamtąd zaczniemy potem wracać i po drodze zwiedzać. Wredny Cesarz przebywał w owym roku na zachodzie, ale na szczęście lot do Kanady odbywa się łukiem, nad Islandią i Grenlandią. Spoko. I rzeczywiście wszystko było super. Przenocowaliśmy w Toronto i rano wsiedliśmy do samolotu lecącego do Abbotsford, małego lotniska pod Vancouverem. Tam czekał na nas zarezerwowany samochód. Lecimy oglądając piękne widoki, lot spokojny i pomyślałam sobie, że może Cesarz nie zauważył, może zajęty…

Radość nie trwała jednak długo. W oddali, tam gdzie miało leżeć lotnisko, była jakaś chmura. Naokoło czyste, piękne, błękitne niebo bez jednego piórka chmury. Tylko tam, w jednym miejscu jedno wielkie puchate chmursko. Gdy dolecieliśmy bliżej, okazało się, że Abbotsford przykryte jest równiutko kołderką z chmury a pod chmurą mieści się rasowa, gęsta mgła.

Pilot zapowiedział, że niestety jest mgła i polatamy trochę w kółko, bo może się rozejdzie a następnie zrobimy jedno podejście i jeśli się nie uda, polecimy do Vancouver. Zrobiło nam się trochę niewyraźnie, ponieważ w Abbotsford czekało na nas auto a w Vancouver musielibyśmy pożyczyć inne czyli zapłacić ponownie. No tak, wiedziałam, że tak to się może skończyć…nie wiem na co liczyliśmy…

No to latamy sobie w kółko i latamy. Robimy już któreś okrążenie a chmursko jak tkwiło tak nadal tkwi. Za chwilę zamykają wypożyczalnię a jest sobota i utkniemy w małym Abbotsford oglądając przez płot „naszego” Patrola i cały misterny plan zwiedzania się posypie.

Ale jest nadzieja; pilot oznajmił, że mgła trochę zelżała i zrobimy to podejście. Wyjrzałam za okno i uwierzyłam mu na słowo, bo za oknem było mleko. Może tam niżej było rzadsze. No to podchodzimy, zniżamy się a tam wciąż mleko. Wręcz coraz gęstsze. Spojrzeliśmy na siebie z moją drugą połówką i nasze myśli nagle przeszyła ta sama błyskawica….zaraz, chwila, podejście…mgła…jakieś cholerne deja vu!  A pilot leci i leci w tę mgłę. Gdy zamierzałam już wstać i pognać do kabiny pilotów i oznajmić że ja już znam dalszy ciąg i że niech koniecznie odchodzą na drugi krąg – samolot zaczął się łagodnie wznosić.

Kojący głos pilota oznajmił z kamienną twarzą, że jednak mgła jest nie do przebrnięcia i lecimy do Vancouveru. W tym momencie pomyślałam, że co prawda wypożyczone auto diabli wezmą ale przynajmniej dolecimy żywi.

Wylądowaliśmy w Vancouver ale nie wypuścili nas z samolotu, bo pilot zapowiedział, że jednak mgła się rozrzedza i jak tylko zatankuje samolot, to polecimy znowu do Abbotsford. Zrezygnowani spojrzeliśmy na zegarki. Teraz to już nam wszystko jedno. No to polecieliśmy.

Wysiadamy w Abbotsford. Wszyscy inni pasażerowie wsiedli w swoje prywatne auta albo czekały na nich rodziny, i pojechali. Oczywiście nasza wypożyczalnia zamknięta na cztery spusty. Nagle widzimy, że otwarte są jeszcze dwa jakieś okienka. Biegniemy z walizami do utraty tchu i dopadamy pierwszego okienka, chyba Avisa. Niestety wszystkie auta wypożyczone.

– Przecież jest sobota po południu! – mruknął zgorszony facet za ladą – Zamykamy – dodał.

Już właściwie bez wielkich nadziei podchodzimy do okienka Enterprise’a. Zdecydowani byliśmy wziąć cokolwiek, nawet rower. Wszystko było nam już jedno. Pytamy czy mają cokolwiek, opowiadamy o naszej sytuacji. Facet myśli chwilę, patrzy w ekran kompa i mówi że no tak, wszystko już wypożyczone, zostały tylko dwa takie z wyższej półki ale one to zawsze zostają bo za drogie. „Jezus Maria” – jęknęłam w duchu. Już chciałam pytać czy mają rowery ale facet spojrzał na nas z litością i powiedział, że w sumie jak mają stać te auta przez weekend no to może lepiej żeby co zarobiły i że może nam udostępnić jedno z nich w cenie najtańszego. Do wyboru była kolumbryna typu Chrysler 300 i mały Mustang GT, nówka sztuka, dopiero go zakupili i ma malutki przebieg. W tym momencie nogi się pode mną ugięły, bo mój małżonek zawsze marzył aby się takim przejechać i nawet myśleliśmy aby taki wypożyczyć w Kanadzie, ale był sporo za drogi. A tu nam proponują za pół ceny? Facet zza lady spojrzał badawczo na nasze dwa Samsonite’y i wyraził wątpliwość czy się zmieszczą w bagażniku Mustanga (no może jedna by wlazła) i to może lepiej w takim razie tego Chryslera.

– Nie, nie nie – zaprotestowałam natychmiast z dzikim błyskiem w oku – to ja mogę pojechać na tylnym siedzeniu a walizka z przodu, ta która nie wejdzie do bagażnika.

Obaj panowie (facet i mój mąż) spojrzeli na mnie zaskoczeni ale po chwili mój mąż stwierdził z uśmiechem, że bierzemy jednak Mustanga i zobaczymy, jakoś się tam upchamy. Byliśmy gotowi nawet wyrzucić walizki i potem kupić sobie nowe aby tylko mieć do dyspozycji to przepiękne auto na parę dni.

Okazało się że walizki dały się upchać…

I tak to działa czasem Cesarz – z jednej strony narobi kłopotów, ale potem tak wynagrodzi, że człowiek zapomina mu to co złe :o)

 

2015-09-12 19.39.19

Leave a Reply